Jakoś wcale tak nie myślę, siedząc w zaciemnionym pokoju. Reflektory przejeżdżających samochodów zza okna delikatnie prześlizgują się po meblach. Moje, kiedyś nasze fotele pięknie komponują się z mocnym brązem ściany. Siedzę w moim wymarzonym mieszkaniu i tłukę sobie M. po głowie, prawdopodobnie siedzi pijany, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Nigdy nie wierzył, że jednak odejdę, chociaż odgrażałam się nie raz, wtedy sama w to nie wierzyłam, nie wyobrażałam sobie życia bez niego. Tak idealnie się uzupełnialiśmy, potrafiliśmy spędzać ze sobą całe dnie, świetnie się bawiąc, czasem w jednym pokoju, czasem pozamykani w swoich sypialniach, no i seks.

Na tej płaszczyźnie od razu dobrze się zrozumieliśmy, jakby nasze ciała były od dawna kompatybilne ze sobą i jedynie czekały na to, by uzupełnić się z tym drugim. Spadaliśmy zapleceni w swoje ramiona w przepaść nocy, rozbijaliśmy rozchylone z rozkoszy usta o blady świt poranka. Nie mogliśmy się sobą nacieszyć, wiecznie czułam niedosyt, a kochaliśmy się codziennie, po kilku latach i morzu jego kłamstw przestaliśmy. Nie chciałam jego dotyku, bo to już nie były jego dłonie, kogoś obcego, kim stał się z upływem czasu. Czasami nawet nie mogłam uwierzyć, że prawie w ogóle ze sobą nie sypiamy, ale oddaliliśmy się na tyle, że libido usnęło śmiercią naturalną.

Przestałam czuć potrzebę seksu, ja?! To nie było normalne, bo ogólnie każdy człowiek ma większe lub mniejsze libido, jednak moje po prostu umarło. Nawet scena z filmu porno nie robiła na mnie szczególnego wrażenia, jasne ciało reagowało, jednak dobrze wiedziałam, że to tylko mechaniczna gra aktorów, nie brakowało mi tylko fizycznego aspektu seksu, ale przede wszystkim bliskości z nim związanej.

Bliskości w ogóle, bo to, co było między nami, rozsypało się na dobre, było nie do posklejania, on nie chciał zmienić swoich zachowań, mimo że, notorycznie to obiecywał, a ja w pewnym momencie powiedziałam sobie zupełnie szczerze: on się nie zmieni, nasza relacja też nie, tak będzie już zawsze, a tak nie chce żyć. Tak naprawdę to w tym dniu rozstaliśmy się, chociaż on o tym jeszcze nie wiedział. Ostatnie kilka miesięcy było piekłem, moje załamanie mieszało się z jego pijackimi ciągami, łącząc się w jedną wielką tragedię, zamkniętą w czterech ścianach. Odskocznią stali się znajomi, nie chciałam wracać do domu, nie miałam już domu, dom to był on, kiedyś.

Wynajęłam mieszkanie, ale bałam się zabrać tam moje rzeczy, bałam się od niego odejść, czułam, że nie potrafię. Opowiadałam o wszystkim Sebastianowi, kiedy piliśmy wino w jednej z restauracji, słuchał i nic nie mówił, myślę, że w ogóle nie mógł w to wszystko uwierzyć. Spytał, dlaczego przez tyle czasu nic nie mówiłam, a co ja miałam mu powiedzieć, że się wstydziłam, że przecież byliśmy taką dobrą parą, że traktowałam to jako osobistą porażkę? Przecież to wszystko wiedziałam. Kiedy spotkaliśmy się następnym razem, to on zaczął mówić o swoich problemach z dziewczyną, mieli zupełnie inne wizje na życie, inne plany, a dokładniej to ona nie miała żadnych. Wiedziałam, że nie do końca się dogadują, ale nie wiedziałam czemu, myślałam, że Sebastianowi brakuje wolności i swobody, dlatego ten związek jest dla niego taki ciężki. A oni, tak, jak ja i M. byli dobrą parą, jak popatrzyło się na to z boku.

W końcu po tygodniu jedzenia pizzy z kartonowego pudełka, na podłodze kupiłam łóżko i biurko, musiałam stanąć z tym twarzą w twarz. Powoli zabierałam moje rzeczy z naszego mieszkania, on wracał na tyle pijany, że nawet nie zauważył, jak powoli znikały moje książki. Przeglądaliśmy je razem z Sebastianem, pijąc whisky, a z każdą szklanką odejście od M. wydawało się coraz prostsze. Poszłam zapalić papierosa, siedziałam na parapecie, gapiąc się w rozświetloną kilkoma latarniami ulicę, była taka ciepła, lipcowa noc. Sebastian siadł naprzeciwko mnie, to on zaczął pierwszy głaskać mnie po nodze, a ja nie miałam nic przeciwko. Alkohol mieszał mi się z jego dotykiem, opadliśmy na łóżko, a nasze jęki odbijały się echem od ścian, nie myślałam o M. w ogóle, jakby zupełnie nie istniał. Uprawialiśmy seks przez całą noc, nie mogąc i nie chcąc przestać, szaleństwo przerwał lepki, letni świt. Położyliśmy się mocno przytuleni, aż rzeczywistość upomniała się o nas koło południa. Cały dzień czułam ten delikatny dotyk, nie chciałam go zrzucać z siebie. Zdradziłam? Nie, w ogóle się tak nie czułam, a Sebastian? Nie interesowało mnie jego sumienie, jesteśmy dorośli, obydwoje.

W końcu zabrałam wszystkie moje rzeczy i się wyprowadziłam, nie powiedziałam mu tego w oczy, czułam, że chyba zatłukłby mnie na śmierć. Powiedziałam do zimnego wyświetlacza smartfona, po drugiej stronie rozpętało się piekło, na tydzień zablokowałam jego numer. Paranoja powoli kręciła się po mojej głowie, momentami miałam wrażenie, że on dobrze wie, gdzie mieszkam, że tu przyjdzie, że nie wiem sama. Pierwsze spotkanie było sztywne, pełne niewypowiedzianych pretensji, formalne, ale było za nami, chciał drugiej szansy, a ja chciałam, żeby znikł.

Wieczór zamienił się w noc, która mocno złapała się za ściany i wisi ciężko, wino już dawno mi się skończyło, zresztą alkohol nie przynosi ulgi. Nie chce mi się wstać, nie chce mi się nigdzie iść, chciałabym przestać, myśleć, czuć, być.

 

 

Reklamy